„Dżej Dżej”, czyli bogaty macho, któremu anarchiści roznosili ulotki wyborcze

Z wywiadu – rzeki wyłania się obraz Jacka Jaśkowiaka jako „fightera”, biznesmena i romantycznego macho. Ciekawy to wizerunek, ale raczej nie taki, który by zjednał nowych wyborców.

Nie lubię politycznych biografii pisanych na zamówienie, w których bohater i autor to relacja szef – pracownik, a już zwłaszcza wywiadów – rzek. Zawsze wychodzą z tego lukrowane laurki, ale „Dżej Dżej. Rozmowy z Jackiem Jaśkowiakiem Prezydentem Poznania” Włodzimierza Nowaka i Violett Szostak to spore zaskoczenie. Główny bohater nie unika odpowiedzi na trudne pytania, a wręcz przeciwnie dzieli się szczegółami ze swojego życia bardzo osobistego. Jakimi? O tym było głośno jeszcze przed premierą książki, gdy ujawniono jej fragmenty. Jaśkowiak przyznał się, że od dawna nie układa mu się związek z żoną, a niedawno nawet się wyprowadził.

W książce podobnych wątków jest wiele. Główny bohater bez śladu zażenowania opowiada, że w latach 90., gdy zaczął zarabiać duże pieniądze, zdarzały mu się romanse i „skoki w bok”.

Dlaczego ujawnił tak osobiste szczegóły? Pewnie po to, by wyprzedzić ciosy, jakie pojawiłyby się w kampanii wyborczej. O tym, że małżeństwo Jaśkowiaków dalekie jest od wzorcowego mówiło się w Poznaniu od dawna i raczej było pewne, że to musi pojawić się w trakcie przyszłorocznej kampanii wyborczej. Ujawniając to samemu, Jaśkowiak chciał pokazać, że nie zamierza się ukrywać i niczego udawać.

Pewnie wypadałoby pochwalić go za szczerość, ale w jego opowieściach nie czuć nawet nutki żalu, że okazał się słabym, niewiernym mężem. Oczywiście trudno oceniać jego życie osobiste, to przecież jego sprawa, a nas jako wyborców interesuje to, jak rządzi miastem, a nie jak mu się układa z żoną. Dziwi jednak, że osoba o takim, a nie innym podejściu do kobiet, cieszy się w Poznaniu tak dużą sympatią ze strony feministek. Nie potrzeba wielkiej wyobraźni, aby wiedzieć, jak to środowisko by zareagowało, gdyby swoimi seksualnymi podbojami tak się przechwalał jakiś polityk prawicy.

Z całej książki zresztą bije niezwykła duma, by nie powiedzieć narcyzm Jaśkowiaka ze wszystkiego, czego dokonał – z tego, że startował z poziomu półsieroty z poznańskiego Dębca, z domu, gdzie się nie przelewało, ale doszedł do wielkich pieniędzy w latach 90., stając się wręcz modelowym przykładem tego, który na przemianach po 1989 r. wygrał. Dodajmy, że Jaśkowiak – dziś wielki przeciwnik jazdy autem, majątek zbił m.in. na… sprowadzaniu samochodów zza granicy.

I znów zaskoczenie, jak to możliwe, że taki brutalny kapitalista zyskał sympatię środowisk lewicowych, ruchów miejskich, a nawet… anarchistów? W książce Jaśkowiak wspomina, że anarchiści – wielcy przeciwnicy nie tylko kapitalizmu, ale jakiejkolwiek władzy, sami roznosili mu ulotki wyborcze w 2010 r. (sic!).

Kto się spodziewał, że z książki dowie się wiele o kulisach poznańskiej polityki, będzie zawiedziony. „Dżej Dżej” to raczej wywiad z Jackiem Jaśkowiakiem niż prezydentem Poznania. Opowiada o nim jako o człowieku, jego życiu osobistym, biznesmenie, bokserze – amatorze zakochanym w twórczości Jacka Kaczmarskiego, a nie karierze politycznej. Oczywiście ciekawych wątków z prezydenckiego życia też nie brakuje. Jaśkowiak jest przy tym bardzo szczery, chociaż niekoniecznie stawia go to w pozytywnym świetle. Np. przyznaje, że zlikwidował osiedle kontenerów socjalnych tylko dlatego, że taki był warunek koalicji z lewicą. Takie wyznanie to łakomy kąsek dla jego lewicowej konkurencji w wyborach – można się spodziewać w kampanii wyborczej haseł w stylu „głosujcie na nas, bo jeśli w radzie miasta zabraknie dużej reprezentacji lewicy, Jaśkowiak znów wyrzuci biednych ludzi do kontenerów”.

Prezydent przyznaje się też, że źle zrobił, opuszczając obchody rocznicy Powstania Wielkopolskiego, za co znalazł się w ogniu krytyki. W książce wyznaje, że to był błąd, chociaż jak pamiętamy, tuż po tym incydencie zaciekle się bronił, że patriotyzm to nie składanie kwiatów itp.

Dalej kreuje się na niezłomnego wojownika, obrońcę demokracji, który broni Poznań przed strasznym, demonicznym PiS-em. Ale Jaśkowiak jest w tym autentyczny – gdy opowiada o tym, że PiS będzie chciał go skompromitować i wtrącić do więzienia, to naprawdę sprawia wrażenie, jakby w to wierzył.

Podsumowując, „Dżej Dżej” to na pewno dobrze czytająca się opowieść o ciekawym, niejednoznacznym człowieku, który jest bardzo autentyczny w tym, co mówi. Gdy przedstawia się jako niezłomnego „fightera”, który trafił na samą górę, nie tracąc przy tym wrażliwości, to naprawdę znaczy, że tak samego siebie postrzega Jacek Jaśkowiak. Nie zapominajmy jednak, że po książkę sięgną jednak głównie poznaniacy, dla których jest on przede wszystkim prezydentem ich miasta. Czy „Dżej Dżej” przekona do Jaśkowiaka tych nieprzekonanych? Śmiem wątpić. Prędzej uwierzę, że kilku wyborców, zwłaszcza konserwatywnych, może przez tę lekturę stracić.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii polityka i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s