Harry Potter i Powstanie Wielkopolskie – recenzja filmu „Hiszpanka”

Poznańscy rycerze Jedi proszą o pomoc żydowskiego mistrza Yodę, bo tylko on może ocalić Ignacego Paderewskiego przed Ciemną Stroną Mocy niemieckiego Dartha Vadera – tak można metaforycznie streścić „Hiszpankę” – film o Powstaniu Wielkopolskim, w którym samego powstania jest jakieś 10 minut.

Już pierwsze przecieki o fabule „Hiszpanki” budziły moje obawy, ale liczyłem, że reżyser Łukasz Barczyk naprawdę ma oryginalny pomysł na ten film, który zachwyci publiczność. No i rzeczywiście – oryginalności „Hiszpance” na pewno nie brakuje, ale nie wierzę, aby swoją wizją podbił serca masowej publiczności.

Reżyser nie chciał robić kolejnego polskiego filmu historycznego według schematu miłość na tle wielkich wydarzeń i już za samą odwagę pójścia inną drogą należą mu się brawa. Niestety, historia grupy poznańskich spirytystów, którzy próbują przy pomocy telepatii chronić Ignacego Paderewskiego przed atakiem medium – doktora Abuse’a służącego niemieckiej armii – brzmi i wygląda na ekranie mało przekonująco, a łączenie jawy i snu dodatkowo utrudnia odbiór całości. Widz ma wrażenie, że ogląda jakąś fantastyczną baśń w rodzaju przygód Harry’ego Pottera (są nawet ruszające się zdjęcia w gazetach takie same jak w filmach o małym czarodzieju), a przecież celem nakręcenia filmu było szerzenie wiedzy o Powstaniu Wielkopolskim. Samo powstanie na ekranie trwa jakieś 10 minut i ogranicza się niemal wyłącznie do bitwy o Ławicę. Osoby, które nigdy wcześniej nie słyszały o Powstaniu Wielkopolskim, po obejrzeniu „Hiszpanki” pomyślą, że trwało ono dwa dni i skończyło się zdobyciem lotniska na Ławicy. Dodatkowo film w ogóle nie wyjaśnia, dlaczego do powstania w ogóle doszło, jak przebiegały przygotowania i pierwsze walki (a to przecież świetny temat dla kina). W całym filmie jest właściwie tylko jedna scena batalistyczna – zdobycie Ławicy. Kto więc liczył na widowisko historyczne, będzie mocno zawiedziony.

wyborVUE_HPteatr_1851

Nawet odczytanie „Hiszpanki” w oderwaniu od powstania jako zwykłej filmowej opowieści niewiele zmienia, bo cała historia nie jest w żaden sposób wciągająca głównie ze względu na puste, płaskie postacie głównych bohaterów. Ciekawie prezentuje się jedynie czarny charakter – demoniczny doktor Abuse, chociaż przesadnie teatralna gra aktorska Crispina Glovera wypada trochę sztucznie podobnie jak postać Rudolfa Funka grana przez Artura Krajewskiego.

Obie te postacie są przynajmniej „jakieś”, czego nie da się powiedzieć o reszcie głównych bohaterów, których nie da się scharakteryzować więcej niż maksymalnie dwoma przymiotnikami. Aktorzy właściwie nie mają czego tu grać, minimalnie wyróżniają się jedynie Patrycja Ziółkowska i Jan Peszek. Trudno mi zrozumieć, po co angażowano do filmu młodą gwiazdę – Jakuba Gierszała czy sprowadzano z Francji Tomasza Kowalskiego. Ich postacie równie dobrze mogli zagrać amatorzy z „Trudnych spraw” – poradziliby sobie niewiele gorzej, a na pewno byłoby taniej.

Efekt jest taki, że z pustymi postaciami widz nie jest w stanie się w żaden sposób identyfikować, przez co wraz z rozwojem akcji niespecjalnie przejmuje się ich losem, nie odczuwa żadnego napięcia w niby dramatycznych momentach filmu, a przez to cała historia zwyczajnie go nudzi.

Największym plusem „Hiszpanki” są niezwykłe zdjęcia autorstwa Kariny Kleszczewskiej. Nie brakuje oryginalnych ujęć i niezwykłych kadrów. Widać, że każda scena została dokładnie zaplanowana i nie da się tego nie zauważyć.

– Pracę zaczęliśmy już w grudniu 2011 r. najpierw od ustalenia scenografii, dopiero później wymyślaliśmy do nich efekty i rozpisywaliśmy po kolei, jak każda scena powinna wyglądać – tak mówiła o swojej pracy Kleszczewska.

Trzeba przyznać, że równie pięknego pod względem wizualnym filmu w dziejach polskiej kinematografii chyba jeszcze nie było. Trudno też mieć jakiekolwiek zastrzeżenia do efektów specjalnych, a poznaniaków na pewno urzekną zdjęcia pokazujące ich miasto sprzed 100 lat.

Łukasz Barczyk nie chciał zrobić kolejnej kiczowatej historii w rodzaju „Bitwy Warszawskiej”, ale jego ucieczka w oryginalność i przewrotność raczej nie znajdzie zrozumienia u masowej publiczności. Frekwencji raczej nie poprawią też wycieczki szkolne. Obawiam się, że będzie nawet odwrotnie – nauczyciele zabronią swoim uczniom oglądania „Hiszpanki”, aby ci później nie pisali na sprawdzianach, że Powstanie Wielkopolskie zakończyło się zwycięstwem, bo polscy czarodzieje okazali się lepsi od niemieckich.

Film wchodzi na ekrany polskich kin 23 stycznia.

fot. materiały prasowe

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii kultura i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Harry Potter i Powstanie Wielkopolskie – recenzja filmu „Hiszpanka”

  1. Paubau pisze:

    Czyli nie tylko mi film Hiszpanka skojarzył się z Harrym Potterem? 🙂 Na pewno wielbiciele Harego pokochają tę polską historię 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s