Nowoczesna, czyli poznański Ogórek

Parę słów o tym, jak to politycy Nowoczesnej uznali, że jednak przez ostatnie trzy lata się mylili i jednak Jacek Jaśkowiak jest najlepszym możliwym prezydentem Poznania.

1. Kreuj się na nowoczesną, liberalną partię.
2. Adresuj swój program do przedsiębiorców, biznesmenów, bankowców, ludzi ambitnych i pracowitych.
3. Krytykuj PO za brak konsekwencji i niespełnianie przedwyborczych obietnic.

A po trzech latach poprzyj w wyborach prezydenta Poznania gościa, który:

1. Cieszy się, że anarchiści po zajęciu budynku zgodzili się go oddać właścicielowi za 125 tys. zł.
2. Walczy z legalnymi, działającym zgodnie z prawem klubami go-go i pozywa je do sądu, żądając milionowego odszkodowania za jego zdaniem „psucie wizerunku miasta”.
3. Uderza w wolny rynek, wspierając jawnie korporacje taksówkarskie w konkurencji z UBER-em.
4. Walczy z ruchem samochodowym, zapowiadając nawet fikcyjne remonty na drogach dojazdowych do Poznania, aby tylko zniechęcić ludzi do transportu samochodowego będącego przecież istotnym elementem funkcjonowania bardzo wielu przedsiębiorstw.
5. Bardziej niż zarządzaniem miastem, zajmuje się walką z rządzącą partią.
6. Skrytykował otwarcie galerii handlowej Posnania za to, że… będzie ściągać do Poznania klientów z powiatu.

Jj

Nawet wyborcy SLD, którzy w wyborach na prezydenta Polski zagłosowali na Magdalenę Ogórek, nie czują się dziś tak oszukani, jak poznaniacy, którzy popierali popierali Nowoczesną.

fot. Facebook.com/Koalicja-Obywatelska-Poznań

Reklamy
Opublikowano Bez kategorii, polityka | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Poznańska edycja „Monopoly” – jakich kart nie może w niej zabraknąć

Będzie poznańska edycja gry „Monopoly”. Zważywszy na specyfikę naszego miasta, nie wyobrażam sobie rozgrywki bez kilku kultowych miejscówek i kart „Szansy”.

We wtorek władze Poznania z dumą ogłosiły, że Poznań podobnie jak Wrocław, czy Kraków, będzie miał własną wersję gry „Monopoly”. Już niebawem wystartuje plebiscyt, w którym sami poznaniacy w głosowaniu zdecydują, jakie lokalizacje pojawią się na planszy i która z nich znajdzie się na najdroższym polu.

fot. poznan.pl

Ja osobiście nie wyobrażam sobie gry bez takich lokalizacji:

1. Park Dąbrowskiego – po kupieniu tej nieruchomości, możesz ją przekształcić w Stary Browar i pobierać 10-krotnie wyższy czynsz.

2. Dworzec PKP – jest brzydki, więc zarabiasz na nim niewiele. Ale uwaga, jeśli grasz w niedzielę, pobierasz 5-krotnie wyższy czynsz, bo jako jedyny w Poznaniu masz czynną Biedronkę.

3. Klub go-go na Starym Rynku – kolejna nieruchomość, na której można zarobić fortunę. Każdy gracz, który odwiedzi Twój klub, rzuca kostką i płaci czynsz podstawowy pomnożony przez liczbę wyrzuconych oczek.

4. Tor „Poznań” – jedyny w Polsce profesjonalny tor wyścigowy to kiepska inwestycja, bo władze Poznania uważają, że możesz organizować tu tylko zawody, które nie powodują hałasu, czyli w sumie żadne.

5. MPK Poznań – warto kupić, ponieważ władze Poznania wierzą, że ludzie jeżdżą samochodemi, bo bilety na komunikację miejską są zbyt drogie, dlatego co chwilę wprowadzają darmową komunikację miejską dla kolejnych grup społecznych, same pokrywając koszty. Dzięki temu nie musisz się martwić o jakość świadczonych usług, bo władze miasta i tak płacą niezależnie od liczby pasażerów.

6. Inea Stadion – możesz go kupić za 750 mln zł, ale czynsz za niego wynosi zaledwie 600 tys. zł, więc to interes tylko dla samobójców.

7. Ulica Półwiejska – świetna nieruchomość. Za możliwość ustawienia straganu z gaciami, budy z kebabami i księgarniami z tanimi książkami najemcy płacą Ci fortunę.

8. Pasy na moście Dworcowym – lokalizacja, która sporo kosztuje, ale nic się na niej zarabia. To jednak nieważne – pasy na moście to wielki prestiż.

9. Aquanet – warto kupić, bo po każdym okrążeniu planszy, podnosisz opłaty za wodę o 10 proc., a władze miasta nie mają nic przeciwko temu.

10. Rondo Kaponiera – świetna lokalizacja, ale uwaga – jej rozbudowa trwa 20 kolejek.

 

Poznań powinien też mieć odpowiednie karty „Szansy”, które tak urozmaicają rozgrywkę. Ja proponuję następujące karty:

1. „Wstępujesz do Platformy Obywatelskiej. Od tej pory możesz kupować wszystkie nieruchomości za 20 proc. ich ceny”.

2. „Zostajesz skłotersem i od tej pory wjeżdżając na nieruchomości innych graczy, możesz mu je zabrać i odsprzedać za dowolną wartość, za co dodatkowo chwali Cię prezydent Poznania.

3. „Plastykowi miejskiemu nie podoba się kolor elewacji Twoich nieruchomości. Musisz je wszystkie przemalować, co kosztuje Cię fortunę”.

4. „Pełnomocniczka Prezydenta Miasta Poznania ds. przeciwdziałania wykluczeniom zauważyła, że Twoje nieruchomości nie są przystosowane do potrzeb transseksualnych Aborygenów. Płacisz karę”

5. 7. Prezydent Poznania zmusza Cię do jazdy rowerem. Od tej pory rzucasz tylko jedną kostką.

6. „Lokatorzy w Twojej najdroższej nieruchomości postanowili nie płacić Ci czynszu, a ponieważ ustawa o ochronie lokatorów nie pozwala, abyś mógł im cokolwiek zrobić, to od tej pory nic na niej nie zarabiasz”.

7. „Dostajesz posadę oficera rowerowego. W zasadzie nic nie musisz robić, a po każdym przejściu przez START dostajesz podwójną stawkę”.

8. Okazuje się, że działka, którą kupiłeś, kiedyś należała do Kościoła. Od tej pory musisz mu oddawać połowę zysków z tej nieruchomości.

9. Zostajesz komendantem miejskim policji i do tej pory miasto będzie na lewo remontować Twoje nieruchomości za darmo.

10. Wandale wybijają szyby w Twoich budynkach. Jeśli jesteś lewicowcem, to władze miasta są oburzone i nagłaśniają sprawę we wszystkich mediach, dzięki czemu pojawiają się ludzie, którzy pomagają Ci wszystko naprawić. Jeśli jesteś prawicowcem, to władze miasta mają Cię w dupie i sam pokrywasz koszty napraw”.

Zagralibyście w taką grę?

Opublikowano polityka | Otagowano , | Dodaj komentarz

„Dżej Dżej”, czyli bogaty macho, któremu anarchiści roznosili ulotki wyborcze

Z wywiadu – rzeki wyłania się obraz Jacka Jaśkowiaka jako „fightera”, biznesmena i romantycznego macho. Ciekawy to wizerunek, ale raczej nie taki, który by zjednał nowych wyborców.

Nie lubię politycznych biografii pisanych na zamówienie, w których bohater i autor to relacja szef – pracownik, a już zwłaszcza wywiadów – rzek. Zawsze wychodzą z tego lukrowane laurki, ale „Dżej Dżej. Rozmowy z Jackiem Jaśkowiakiem Prezydentem Poznania” Włodzimierza Nowaka i Violett Szostak to spore zaskoczenie. Główny bohater nie unika odpowiedzi na trudne pytania, a wręcz przeciwnie dzieli się szczegółami ze swojego życia bardzo osobistego. Jakimi? O tym było głośno jeszcze przed premierą książki, gdy ujawniono jej fragmenty. Jaśkowiak przyznał się, że od dawna nie układa mu się związek z żoną, a niedawno nawet się wyprowadził.

W książce podobnych wątków jest wiele. Główny bohater bez śladu zażenowania opowiada, że w latach 90., gdy zaczął zarabiać duże pieniądze, zdarzały mu się romanse i „skoki w bok”.

Dlaczego ujawnił tak osobiste szczegóły? Pewnie po to, by wyprzedzić ciosy, jakie pojawiłyby się w kampanii wyborczej. O tym, że małżeństwo Jaśkowiaków dalekie jest od wzorcowego mówiło się w Poznaniu od dawna i raczej było pewne, że to musi pojawić się w trakcie przyszłorocznej kampanii wyborczej. Ujawniając to samemu, Jaśkowiak chciał pokazać, że nie zamierza się ukrywać i niczego udawać.

Pewnie wypadałoby pochwalić go za szczerość, ale w jego opowieściach nie czuć nawet nutki żalu, że okazał się słabym, niewiernym mężem. Oczywiście trudno oceniać jego życie osobiste, to przecież jego sprawa, a nas jako wyborców interesuje to, jak rządzi miastem, a nie jak mu się układa z żoną. Dziwi jednak, że osoba o takim, a nie innym podejściu do kobiet, cieszy się w Poznaniu tak dużą sympatią ze strony feministek. Nie potrzeba wielkiej wyobraźni, aby wiedzieć, jak to środowisko by zareagowało, gdyby swoimi seksualnymi podbojami tak się przechwalał jakiś polityk prawicy.

Z całej książki zresztą bije niezwykła duma, by nie powiedzieć narcyzm Jaśkowiaka ze wszystkiego, czego dokonał – z tego, że startował z poziomu półsieroty z poznańskiego Dębca, z domu, gdzie się nie przelewało, ale doszedł do wielkich pieniędzy w latach 90., stając się wręcz modelowym przykładem tego, który na przemianach po 1989 r. wygrał. Dodajmy, że Jaśkowiak – dziś wielki przeciwnik jazdy autem, majątek zbił m.in. na… sprowadzaniu samochodów zza granicy.

I znów zaskoczenie, jak to możliwe, że taki brutalny kapitalista zyskał sympatię środowisk lewicowych, ruchów miejskich, a nawet… anarchistów? W książce Jaśkowiak wspomina, że anarchiści – wielcy przeciwnicy nie tylko kapitalizmu, ale jakiejkolwiek władzy, sami roznosili mu ulotki wyborcze w 2010 r. (sic!).

Kto się spodziewał, że z książki dowie się wiele o kulisach poznańskiej polityki, będzie zawiedziony. „Dżej Dżej” to raczej wywiad z Jackiem Jaśkowiakiem niż prezydentem Poznania. Opowiada o nim jako o człowieku, jego życiu osobistym, biznesmenie, bokserze – amatorze zakochanym w twórczości Jacka Kaczmarskiego, a nie karierze politycznej. Oczywiście ciekawych wątków z prezydenckiego życia też nie brakuje. Jaśkowiak jest przy tym bardzo szczery, chociaż niekoniecznie stawia go to w pozytywnym świetle. Np. przyznaje, że zlikwidował osiedle kontenerów socjalnych tylko dlatego, że taki był warunek koalicji z lewicą. Takie wyznanie to łakomy kąsek dla jego lewicowej konkurencji w wyborach – można się spodziewać w kampanii wyborczej haseł w stylu „głosujcie na nas, bo jeśli w radzie miasta zabraknie dużej reprezentacji lewicy, Jaśkowiak znów wyrzuci biednych ludzi do kontenerów”.

Prezydent przyznaje się też, że źle zrobił, opuszczając obchody rocznicy Powstania Wielkopolskiego, za co znalazł się w ogniu krytyki. W książce wyznaje, że to był błąd, chociaż jak pamiętamy, tuż po tym incydencie zaciekle się bronił, że patriotyzm to nie składanie kwiatów itp.

Dalej kreuje się na niezłomnego wojownika, obrońcę demokracji, który broni Poznań przed strasznym, demonicznym PiS-em. Ale Jaśkowiak jest w tym autentyczny – gdy opowiada o tym, że PiS będzie chciał go skompromitować i wtrącić do więzienia, to naprawdę sprawia wrażenie, jakby w to wierzył.

Podsumowując, „Dżej Dżej” to na pewno dobrze czytająca się opowieść o ciekawym, niejednoznacznym człowieku, który jest bardzo autentyczny w tym, co mówi. Gdy przedstawia się jako niezłomnego „fightera”, który trafił na samą górę, nie tracąc przy tym wrażliwości, to naprawdę znaczy, że tak samego siebie postrzega Jacek Jaśkowiak. Nie zapominajmy jednak, że po książkę sięgną jednak głównie poznaniacy, dla których jest on przede wszystkim prezydentem ich miasta. Czy „Dżej Dżej” przekona do Jaśkowiaka tych nieprzekonanych? Śmiem wątpić. Prędzej uwierzę, że kilku wyborców, zwłaszcza konserwatywnych, może przez tę lekturę stracić.

Opublikowano polityka | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Kontraruch rowerowy na ulicy, na której… nie da się jeździć rowerem

Na ul. Załęże wprowadzono kontraruch rowerowy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jest to ulica z brukiem jeszcze gorszej jakości niż nawierzchnia Starego Rynku i nikomu nigdy nie przyszłoby do głowy, aby próbować tędy jeździć rowerem.

Generalnie nie mam nic przeciwko kontraruchowi rowerowemu, o ile nie jest to rozwiązanie, które powoduje zmniejszenie liczby miejsc parkingowych.

Z niemałym zdziwieniem jednak zauważyłem, że kontraruch wprowadzono m.in. na ul. Załęże. To uliczka na Łazarzu mająca zaledwie niecałe 150 metrów. W całości jest wybrukowana kocimi łbami na dodatek tak nierównymi, że nawet nawierzchnia Starego Rynku jest równiutka niczym tafla lodowiska.

Z tego też powodu ulica służy tylko dojazdowi do mieszczących się tu posesji. Nawet mieszkańcy kamienic przy pobliskiej ul. Lodowej nie dojeżdżają Załężem do ul. Głogowskiej, tylko wolą trochę nadłożyć drogi do ul. Potockiej, niż męczyć się po kocich łbach.

Ruch jest tu właściwie niemal zerowy i z Załęża byłby zwykły deptak, ale przecież nawet piesi nie lubią chodzić po takim brukowisku, skoro mają proste i wygodne chodniki. Z tego samego powodu chodnikami jeżdżą rowerzyści, których jest tu niewielu z racji krótkości ulicy, więc ich obecność na chodnikach nikogo specjalnie nie razi.

zaleze.jpg

Tym bardziej nie rozumiem, co za szaleniec wpadł na pomysł, aby na tych kocich łbach wprowadzić kontraruch rowerowy. Mieszkam w okolicy od 7 lat i nigdy nie widziałem, aby jakiś desperat na rowerze próbował pokonać Załęże, jadąc po tym krzywym bruku. Nie widziałem, bo na pewno bym ten widok zapamiętał. Żadnego rowerzysty do jazdy Załężem nie zachęci też kontraruch rowerowy, bo przecież nawierzchnia pozostała ta sama.

Czy osoby, które siedzą zamknięte w swoich gabinetach i wymyślają, co za absurd jeszcze wymyślić w imię roweryzacji Poznania, zanim zdecydują o zmianach na konkretnej ulicy, nie mogą po prostu wpaść i zobaczyć na własne oczy, że być może ich pomysł jest po prostu kretyński?

Wiem, że namalowanie tych kilku znaków na bruku kosztowało pewnie nie więcej niż 100 zł, ale to jest jednak bezsensownie zmarnowana stówa, którą można było wydać na cokolwiek innego.

Opublikowano Bez kategorii, infrastruktura, komunikacja | Otagowano , , , | 1 komentarz

Komu w Poznaniu naprawdę zależy, aby pomóc Syryjczykom?

Grupa lewicowych aktywistów domagała się, aby władze Poznania osiedliły na swoim terenie uchodźców z Syrii. Władze miasta postanowiły pomóc jednak inaczej – zorganizować zbiórkę na pomoc humanitarną dla ofiar wojny. Nie zauważyłem, aby ktoś z owej grupy zaangażował się w tę akcję, a jedna z nich nawet nazwała akcję „Poznań dla Syrii”… nieludzką.

W połowie lutego w Poznaniu ruszyła zbiórka pod petycją do władz Poznania z apelem, aby na terenie miasta mogli osiedlić się uchodźcy z Syrii i Iraku.

„Jako poznanianki i poznaniacy prosimy o podjęcie przez Państwa działań, które spowodują, że do Poznania przyjadą i otrzymają zgodę na osiedlenie ofiary wojny w Syrii i Iraku, dzieci i osoby dorosłe. Poprzez ten apel solidaryzujemy się z takimi miastami jak Sopot, Gdynia, Gdańsk, Kraków, Wrocław. Uważamy, że może to wpłynąć na zmianę stanowiska obecnie rządzących władz. Nie możemy pogodzić się z faktem, że do tej pory nasz kraj nie przyjął ani jednej uchodźczyni, uchodźcy dorosłego, czy dziecka z 6182 osób, które zobowiązano się przyjąć w ramach programu relokacji i 900 osób w ramach programu przesiedleń” – napisał w petycji jej autor prof. Tomasz Polak.

Przyjmijmy tych biednych uchodźców? Przecież przyjęliśmy i gdzie oni są?

Pod petycją podpisała się cała śmietanka poznańskich lewicowych aktywistów – m.in. Anna Wachowska-Kucharska, Ewa Wójciak, Marcin Kęszycki i wiele innych osób. Petycja jednak nie spotkała się z entuzjazmem poznaniaków – chociaż o zbiórce podpisów informowały chyba wszystkie poznańskie media, podpisało się pod nią zaledwie 640 osób.

Mimo to temat pojawił się na sesji rady miasta za sprawą radnych Zjednoczonej Lewicy i wzbudził olbrzymie emocje. Ostatecznie radni PO zaproponowali, aby zamiast na „hurra” przyjmować uchodźców, a dopiero później martwić się, co zrobić, aby się tu zaaklimatyzowali, znaleźli pracę itp., zorganizować zbiórkę na pomoc humanitarną dla ofiar wojny. Szef klubu PO Marek Sternalski zwrócił uwagę, że Poznań już przyjął grupę uchodźców z Syrii w 2015 r., ale wszyscy w ciągu kilku miesięcy uciekli do Niemiec.

– Co się stało z tymi rodzinami, które przyjechały do Poznania dwa lata temu. Gdzie są te rodziny? – pytał retorycznie przewodniczący klubu PO i proponował inną formę pomocy. – Tej zimy w obozach dla uchodźców brakowało agregatów prądotwórczych, a nie tego, żeby stamtąd zabrać kilka osób i powitać w blasku fleszy. O tym, jak najlepiej pomóc uchodźcom, najlepiej jest rozmawiać z organizacjami pozarządowymi, które już prowadzą tam działania

Ostatecznie prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak wspólnie z abp. Stanisławem Gądeckim postanowili przeprowadzić zbiórkę pod hasłem „Poznań dla Syrii”. Pieniądze zbierali wolontariusze Polskiego Czerwonego Krzyża oraz Caritas m.in. podczas misterium Męki Pańskiej, przed meczem Lecha Poznań z Legią Warszawa oraz przed spektaklami w poznańskich teatrach.

dla syrii

Kto się włączył w zbiórkę „Poznań dla Syrii”?

W ciągu trzech miesięcy zebrano ponad 33 tys. zł – w mojej ocenie to niewiele, ale postanowiłem sprawdzić, jak bardzo w akcję „Poznań dla Syrii” zaangażowali się owi lewicowi aktywiści tak bardzo przejęci losem Syryjczyków, że chcieli ich koniecznie osiedlić w Poznaniu.

Nie znalazłem nigdzie informacji, aby osobiście prowadzili kwestę tak jak to robili niektórzy radni, ale OK – zbiórką zajęli się przecież wolontariusze Polskiego Czerwonego Krzyża i Caritas. Pomagać można zresztą także inaczej – chociażby nagłaśniając akcję, zachęcając do udziału w niej poznaniaków i swoich znajomych, np. na Facebooku.

I cóż się okazało? Na facebookowym profilu prof. Tomasza Polaka, który przecież sam jako pierwszy rzucił pomysł przyjęcia uchodźców z Syrii, nie znajdziemy wzmianki o zbiórce. Ani słowa o tym, że można przekazać pieniądze na rzecz ofiar wojny nie znajdziemy też na „wallu” bardzo aktywnej na Facebooku Ewy Wójciak (gwoli sprawiedliwości jednak oddajmy, że pieniądze zbierano przed spektaklami w Teatrze Ósmego Dnia).

Pomaganie ofiarom wojny to kpina z praw człowieka?

Wszystkich jednak przebiła Anna Wachowska-Kucharska, która decyzję radnych o akcji pomocy skomentowała słowami „Propozycja radnych PO jest naprawdę nieludzka” oraz „Uchwała przygotowana przez PO jest kpiną z praw człowieka.”

No cóż. Podsumowując wychodzi na to, że w Poznaniu losem ofiar wojny w Syrii bardziej niż ci wrażliwi na losy uchodźców lewicowi aktywiści, przejęli się katolicy uczestniczący w Misterium Męki Pańskiej (organizatorzy tego wydarzenia przekazali na rzecz akcji 5100 zł) i kibice Lecha Poznań (tylko przed meczem z Legią zebrano ponad 2600 zł).

Oczywiście nie wykluczam, że wspomniane przeze mnie osoby również przekazały na zbiórkę znaczącą kwotę pieniędzy, niemniej brak jakiejkolwiek próby jej wypromowania stawia ich w raczej nie najlepszym świetle. Ktoś złośliwy mógłby nawet powiedzieć, że być może ta cała hucpa z apelem o osiedlenie w Poznaniu uchodźców to był tylko czysty PR i lansowanie się na dramacie ofiar wojny, bo to przecież nic nie kosztuje. Ale to byłaby oczywiście złośliwość.

fot. Urząd Miasta Poznania
Opublikowano Bez kategorii, polityka | Otagowano , , , , , | 1 komentarz

Narodowcy, róbcie spektakle!

Prezydent Poznania, który sam w Poznaniu aktywnie i jawnie stara się utrudniać życie osobom o poglądach nacjonalistycznych, jednocześnie oburza się na ministra kultury, który cenzuruje spektakle teatralne za ich antykatolicyzm.

Minister kultury Piotr Gliński zagroził odebraniem ministerialnej dotacji dla festiwalu Malta, jeśli jego kuratorem będzie Olivier Frljić. Powód? Fakt, że Chorwat wyreżyserował spektakl pt. „Klątwa”, który oburzył środowiska katolickie. Kontrowersje wzbudziły sceny, w których m.in. jedna z aktorek uprawia seks oralny z figurą Jana Pawła II.

– Trudno te działania uznać za artystyczne. To są działania prowokujące, skłócające społeczeństwo polskie, bulwersujące, bardzo silnie obrażające wiele osób – tak ocenił twórczość Frljicia Piotr Gliński.

fot.Magda Hueckel/Teatr Powszechny KLĄTWA

Na groźby ministra o odebraniu dotacji „Klątwie” zareagował prezydent Poznania.
„W artykule 6 ustawy zasadniczej znajdujemy zapis mówiący o tym, że Państwo musi stwarzać warunki do upowszechniania i równego dostępu do dóbr kultury. Władze mają ponadto obowiązek zachowania bezstronności w sprawach dotyczących przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych oraz zapewnienia swobody ich wyrażania w życiu publicznym” – przypomina w liście do ministra Jacek Jaśkowiak. – „Dlatego też w Poznaniu, mieście wolnym i otwartym, dopuszczamy do głosu artystów prezentujących najróżniejsze światopoglądy. Jesteśmy przekonani, że tylko pluralizm postaw twórczych stwarza możliwość nakreślenia pełnego obrazu kulturowej różnorodności, uczy tolerancji i pozwala kształtować poglądy zgodnie z indywidualnymi wyborami. Uczestniczenie lub nieuczestniczenie w danym wydarzeniu traktujemy jako wyraz szacunku dla ludzi, którzy – tak jak w preambule Konstytucji – swoje wartości wywodzą z różnych źródeł. Na tym bowiem polega konstytucyjnie zagwarantowana wolność wyrażania poglądów, twórczości artystycznej, wolność sumienia i religii.”

Pod wszystkimi powyższymi zdaniami podpisuję się obiema rękami. Dziwi mnie jednak, że takie poglądy wygłasza akurat Jacek Jaśkowiak, który od początku swojej prezydentury jawnie i bez żadnego skrępowania zwalcza środowiska o poglądach politycznych, które mu się nie podobają. Przypominam, że przed rokiem we wręcz bliźniaczej sytuacji prezydent Poznania zagroził jednemu z klubów sportowych odebraniem dotacji, jeśli odbędzie się w nim turniej środowisk nacjonalistycznych. Ostatecznie turniej odbył się w… sali sportowej jednej ze szkół. Pojawili się na nim nawet policjanci, ale nie zauważyli, aby wydarzenie miało jakiś związek ze wzywaniem do nienawiści, albo propagowaniem faszyzmu.

Niedawno Jacek Jaśkowiak wziął nawet osobisty udział w demonstracji pod hasłem „Nacjonalizm nie przejdzie”. Jakim prawem prezydent Poznania uważa, że nacjonalizm należy zwalczać, ale inne postawy takie jak np. komunizm, socjalizm, anarchizm, liberalizm itp. już nie, skoro obowiązująca konstytucja, której tak gorliwie broni, gwarantuje wolność propagowania każdej z nich?

Ja ze swojej strony proponuję środowiskom nacjonalistycznym, aby zabrali się za twórczość teatralną. Niech wspólnymi siłami wystawią na scenie jakiś spektakl ośmieszający środowiska LGBT, multikulturalizm, feminizm, uchodźców i generalnie wszystkie idee i środowiska, za którymi nie przepadają. Gdy na scenie feministka będzie uprawiać seks oralny z islamskim terrorystą, to pewnie będzie z tego skandal, ale spokojnie – prezydent „wolnego miasta Poznania” stanie w pierwszym szeregu obrońców Waszego prawa do prezentowania własnej twórczości. Kto wie, może nawet jakąś nagrodę Wam przyzna za istotne wzbogacenie „pluralizmu postaw twórczych”?

Opublikowano kultura, polityka | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

Czy Poznań ma przyjąć uchodźców z Syrii? A gdzie są ci, których przyjęliśmy 1,5 roku temu?

27 lipca 2015 r. – Jacek Jaśkowiak w blasku fleszy wita w Poznaniu 26 syryjskich uchodźców. W połowie września zostało ich już tylko… 5. Mimo to grupa poznaniaków upiera się, że teraz koniecznie musimy przyjąć kolejnych Syryjczyków. Ciekawe, czy chcą im też zbudować obóz ogrodzony drutem kolczastym, aby przypadkiem nie zwiali. 

„Jako poznanianki i poznaniacy prosimy o podjęcie przez Państwa działań, które spowodują, że do Poznania przyjadą i otrzymają zgodę na osiedlenie ofiary wojny w Syrii i Iraku, dzieci i osoby dorosłe. Poprzez ten apel solidaryzujemy się z takimi miastami jak Sopot, Gdynia, Gdańsk, Kraków, Wrocław. Uważamy, że może to wpłynąć na zmianę stanowiska obecnie rządzących władz. Nie możemy pogodzić się z faktem, że do tej pory nasz kraj nie przyjął ani jednej uchodźczyni, uchodźcy dorosłego, czy dziecka z 6182 osób, które zobowiązano się przyjąć w ramach programu relokacji i 900 osób w ramach programu przesiedleń” – czytamy w petycji, którą wystosowała dla prezydenta Poznania i miejskich radnych grupa poznaniaków, a dokładniej m.in. Anna Wachowska-Kucharska, Ewa Wójciak, Tomasz Polak, Lech Mergler i cała reszta tej wesołej ferajny oderwanej od rzeczywistości, która wspiera KOD, broni anarchistów itp.

Bardzo to ciekawa informacja, że Polska nie przyjęła żadnych uchodźców z Syrii, bo 27 lipca 2015 r. Jacek Jaśkowiak w blasku fleszy witał w urzędzie miasta 9 syryjskich rodzin sprowadzonych do Poznania przez fundację „Estera”. Zapewniono im tu dach nad głową, środki na utrzymanie, lekcje języka polskiego i wszystko, co tylko może być potrzebne do jak najszybszej adaptacji w naszym mieście.

syrole Jacek Jaśkowiak i uchodźcy z Syrii, którym Poznań udzielił schronienia w lipcu 2015 r. (fot. Urzędu Miasta Poznania).

Minęło 1,5 miesiąca i z całej Polski zaczęły docierać sygnały, że ci biedni syryjscy uchodźcy zamiast okazać wdzięczność za okazaną gościnę, zwiewają do Niemiec. 11 września Radio Merkury donosiło, że z 26 Syryjczyków, którzy znaleźli schronienie w Poznaniu, zostało już tylko pięciu – dwie samotne osoby i trzyosobowa rodzina. Ciekawe, czy jeszcze tu są, czy też już zdołali uciec. Co ciekawe, biedni uchodźcy uciekali nie tylko do Niemiec, np. we wrześniu 2016 r. rodzina Syryjczyków, którą ugoszczono w Tarnowie, wolała wracać do… Damaszku, uznając, że wojna wojną, ale mają tam własne mieszkanie.

Nie bardzo zatem rozumiem, po kiego grzyba wesoła ferajna lewicowych kosmitów chce fundować kolejne wakacje w Polsce dla następnych Syryjczyków, którzy wpadną tu na parę tygodni, po czym zwieją, gdzie pieprz rośnie. No chyba, że szanowni państwo zamierzają do Poznania sprowadzić uchodźców i zamknąć ich w jakimś obozie ogrodzonym drutem kolczastym.

PS Póki co zbiórka podpisów coś słabo idzie. Od 11 lutego podpisało ją tylko 600 osób. Hmm, ciekawe dlaczego…

Opublikowano Bez kategorii, polityka | Otagowano , , | 3 Komentarze

Kołtuństwo poznańskie oburzone na kino, bo pokaże film o Popku

Współczesne poznańskie drobnomieszczaństwo to już nie stateczna rodzinka z uroczymi dziećmi, która w niedzielę po mszy idzie na słodkie. Dzisiaj to lewicowcy, którzy w niedzielę po pikiecie feministek idą do knajpki wegańskiej ponarzekać na PiS. Właśnie wylewają wiadro pomyj na Kino Muza, bo pokażą w nim film o prymitywnym raperze Popku. 

Byłem niedawno na spektaklu „Great Poland” w Teatrze Polskim. Bardzo prosty i schematyczny, który wyśmiewa stereotypy Polaków z najróżniejszych sfer. Dostało się także lewicującym wrażliwcom, których w spektaklu symbolizuje młoda poznanianka, która przygarnęła do domu uchodźczynię z Ukrainy – zapewnia, że nawróci ją na gender, weganizm itd., aby wyszła na ludzi. Młoda poznanianka bardzo się przejmuje wielkimi problemami tego świata, z którymi walczy przy pomocy lajków.

W spektaklu jest nazywana „poznańską mieszczką”, co trochę mnie raziło, bo przecież drobnomieszczaństwo zwłaszcza poznańskie zawsze kojarzyło się bardzo konserwatywnie. To raczej standardowe małżeństwo z dwójką dzieci, które co niedzielę po mszy świętej idzie do cukierni „na słodkie”, dba o czystość i porządek, a o sprawach przykrych nie mówi, aby nie psuć atmosfery. Na ewentualne problemy spuszcza zasłonki.

Kino Muza pokaże film o Popku, więc trzeba wylać wiadro pomyj

Zamieszanie wokół Kina Muza przekonało mnie jednak do postawienia dość wywrotowego pytania: A może dzisiejsze poznańskie kołtuństwo to właśnie postępowi lewicujący pseudointelektualiści? O co chodzi? 27 stycznia kino Muza organizuje pokaz filmu dokumentalnego „Popek za życia” opowiadający o życiu kontrowersyjnego rapera, który stał się idolem polskich gimnazjalistów. Po seansie odbędzie się spotkanie z bohaterem filmu.

popek2

Rzeczywiście pokaz takiego filmu w kinie studyjnym słynącym z ambitnego repertuaru, którego próżno szukać w multipleksach, może zaskakiwać, ale w życiu bym się nie spodziewał, że spotka się z taką falą hejtu.

„Promowanie tego śmiecia? Gardzę. Bardzo, bardzo, bardzo rozczarowujące” – napisał pan Paweł, prywatnie członek Liberalnych Demokratów i miłośnik Milesa Davisa, jak widać bardzo wrażliwy i tolerancyjny dla innych, a jego komentarz „zalajakowało” 17 kolejnych osób.

„Wszystko ostatnio schodzi na psy. Szkoda, że wy również” – to z kolei komentarz pana Kamila, uczestnika czarnych protestów i marszy równości, który sądząc po profilu na Facebooku, nienawidzi PiS-u, prawicy, narodowców itp.

„Pokazywanie filmu to jedno, ale zapraszanie bohatera w formule „gwiazdy wieczoru” sugeruje skok na łatwą kasę. Spoko, że chociaż się przyznajecie do poszukiwań nowego targetu. Wiadomo, rzeczywistość kapitalistyczna zmusza do „odważnych decyzji”, pieniądz się sam nie zrobi…” – dodaje pani Ola, feministyczna aktywistka organizująca pikiety w sprawie liberalizacji prawa aborcyjnego.

Zapewne było wiele ostrzejszych, bardziej wulgarnych komentarzy, które zostały usunięte lub ukryte.

Bo nienawidzić i gardzić można tylko za poglądy i gust

Dość to zadziwiające, jak na ludzi, którzy na co dzień mówią o tolerancji i równości, gdy chodzi o kolor skóry, wyznanie, narodowość, orientację seksualną, ale jednocześnie nie potrafią się pogodzić z tym, że ktoś ośmiela się słuchać innej muzyki niż oni (na dodatek w przypadku Popka mamy do czynienia z 30-latkami hejtującymi gust gimnazjalistów). Pomijam w tym miejscu, że przecież w kinie nie odbędzie się koncert, tylko pokaz filmu, którego jakość przecież nie zależy od tego, kim jest jego bohater.

Czym różni się hejtowanie kina Muza przez takich oto lewicowych postępowców od hejtowania Behemotha, bo to „szataniści”, albo gejów, bo grzeszą, tego doprawdy nie wiem.

Filip Bajon jest autorem słynnego porównania, że Poznań to miasto „zasłoniętych firanek”, za którymi ukrywa się to, co wydaje się niewygodne i psujące spokój mieszkańców miasta. Wielokrotnie przywoływano to porównanie do obnażenia poznańskiego drobnomieszczaństwa.

Mam wrażenie, że dziś bardziej pasuje ono do zobrazowania kompleksów przeintelektualizowanych postępowców, którzy czują się lepsi od tego motłochu prawacatwa, katolstwa, narodowców i kiboli. Rasa intelektualnych panów też używa firanek dla zasłonięcia tych wszystkich innych, którzy nie podzielają ich poglądów i gustów. Jako ludzie z „mgr”, „dr”, a czasem i „prof.” przed nazwiskiem brzydzą się prostakami, którzy zakupy robią w Biedronce, słuchają disco-polo, Popka, oglądają serial „Ranczo”, a na wakacje jadą nad polskie morze.

W odróżnieniu od tego plebsu nowi kołtuni nie chodzą na promocje do marketów, tylko na pikiety przeciwko zaostrzeniu przepisów antyaborcyjnych i demonstracje solidarności z uchodźcami. Ostatnio pikietowali na placu Wolności przeciwko rasistowskim atakom na budki z kebabem, do których doszło w kilku polskich miastach. Akurat w Poznaniu żadnych takich incydentów nie było, ale to nic – była okazja spotkać się we własnym gronie, aby utwierdzić się w przekonaniu, jacy to wszyscy jesteśmy tolerancyjni i wrażliwi w odróżnieniu od tych wszystkich wszechpolaków i pisiorów.

Kołtuny zasłaniają firanki?

Ataków na bary z kebabem w Poznaniu nie było, ale za to był inny – na początku grudnia grupa 23 osób (sic!) pod osłoną nocy pomazała sprejami i smołą kamienicę na ul. Zeylanda tylko dlatego, bo mieścił się tam sklep z patriotyczną odzieżą. Żeby było śmieszniej, z powodu bliskości targów i akademika Jowita, jednymi z głównych klientów tego sklepu są zagraniczni goście targowi i studenci, którzy kupują tu sobie koszulki z napisem „Polska” jako formę pamiątki.

Dziwnym trafem żaden lewicowy kołtun nie krzyknął wtedy „Stop nienawiści!”, nie zrobił demonstracji, nawet strony z wyrazem solidarności z właścicielem sklepu na fejsie nie żałożył. Wszyscy potulnie zasłonili firanki, by pojechać rowerami do wegańskiej knajpki i przy hummusie podyskutować o tym, jaki symbol wstawić na fejsbuczka, aby zademonstrować swój sprzeciw dla faszystów z PiS-u, jaki, aby wyrazić pogardę dla tych, którzy jedzą mięso, a jaki, by wyśmiać tych, którzy odpalają petardy w sylwestra. Później wszyscy mogą poklepać się po pleckach, gratulując sobie, jacy wszyscy są zajebiści i wyjątkowi.

Opublikowano kultura | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Posnania, czyli inwestor gorszego sortu

Prezydent Poznania cieszy się, że organizatorzy Imienin Ulicy Święty Marcin nie przyjęli pieniędzy od centrum handlowego Posnania, które chciało się dołożyć do imprezy. Dlaczego? Bo Jacek Jaśkowiak nie lubi galerii handlowych. Dobrze, że Volkswagen zdołał otworzyć w Poznaniu swoją fabrykę 23 lata temu, bo dzisiaj pewnie Jaśkowiak jako przeciwnik samochodów by na to nie pozwolił.

Emocje towarzyszące otwarciu centrum handlowemu Posnania były takie, jakby to miała być ubojnia koni albo magazyn radioaktywnych odpadów z elektrowni atomowych. W pierwszej linii hejterów stanął prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, którego zdaniem galeria wyssie handel ze śródmieścia. Podobne zdanie słyszymy przy każdym otwarciu kolejnej galerii handlowej w Poznaniu. Sklepów i punktów usługowych faktycznie ubywa, chociaż nie aż tak drastycznie – raczej zmieniają się branże najemców. Na Głogowskiej ubyło sklepów odzieżowych, a przybyło lokali gastronomicznych itp.

Żeby nie było – nie widzę niczego złego, że na otwarciu Posnanii nie było Jaśkowiaka. Prezydent, który nie uważa za istotne pojawienie się obchodach rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego, przychodząc na otwarcie sklepu, tylko by się pogrążył.

posnania

Poznaniacy mają jednak święte prawo decydować, w jaki sposób i gdzie chcą robić zakupy, Jaśkowiak ma święte prawo do prywatnej opinii, czy podoba mu się centrum Posnania czy nie. Nie rozumiem jednak stygmatyzowania Posnanii jako jakiejś wrogiej siły, z którą należy walczyć, a tak właśnie wygląda tegoroczne zamieszanie wokół Imienin Ulicy Święty Marcin.

Właściciele Posnanii chcąc pokazać, że nie chcą tylko na poznaniakach zarabiać, ale też dawać im coś w zamian, zgłosili się do CK Zamek z propozycją zasponsorowania tegorocznej parady z okazji Imienin Ulicy Święty Marcin. Ile pieniędzy mógł dostać Zamek, nie ujawniono, ale skoro koszt całej imprezy wynosi 200 tys. zł, musiało to być kilkadziesiąt tysięcy złotych. Ofertę jednak odrzucono.

– Po przeanalizowaniu wszystkich „za” i „przeciw” uznaliśmy jednak, że współpraca z Posnanią przy tym wydarzeniu nie jest możliwa. To szczególny moment dla Poznania i jego centrum, które na co dzień wygląda niestety inaczej. Myśląc o paradzie, chcieliśmy, by była w tym roku bardziej spójna i efektowna. Mam nadzieję, że to się uda – tak to wyjaśniła w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Anna Hryniewiecka, dyrektor CK Zamek.

Sami dziennikarze GW jednak twierdzą, że Hryniewiecka brała pod uwagę fakt, że Jaśkowiak obarcza Posnanię za wymieranie ul. Święty Marcin i przyjęcie oferty sponsorskiej byłoby w tej sytuacji niefortunne. Sam prezydent decyzję o odrzuceniu Posnanii chwali wprost.

Trudno to zrozumieć. To chyba wspaniała sprawa, że galeria handlowa nie chce być tylko maszynką do zarabiania pieniędzy, lecz chce się dzielić zyskiem z miastem. Pamiętajmy, że Jaśkowiak walczy nie tylko z galeriami handlowymi, ale też m.in. z pijaństwem w weekendy w okolicach Starego Rynku. Po ul. Wrocławskiej walają się często potłuczone butelki po piwie, którego producenci są sponsorami Juwenaliów, festiwalu Malta czy… Imienin Ulicy Święty Marcin. Czy kolejnym krokiem prezydenta będzie decyzja, aby sponsorami miejskich imprez nie mogły być browary?

A co z samochodami, kolejnymi wielkimi wrogami aktualnego prezydenta Poznania? Czy Toyota już nie będzie mogła być partnerem festiwalu Malta, a Skoda imprezy rowerowej Poznań Bike Challenge? Jakie to szczęście, że Volkswagen zdążył otworzyć w Poznaniu swoją fabrykę, zanim rządy objął Jacek Jaśkowiak, bo dzisiaj Niemcy usłyszeliby pewnie, że nie ma zgody na to, aby ułatwiać produkcję samochodów, które powodują korki i trują środowisko.

Prezydent Poznania jak mantrę powtarza, że zagraniczne firmy od inwestowania w Poznaniu odstraszają pobicia na tle rasistowskim, do jakich rok temu doszło w naszym mieście. Ciekawe, czy nie odstrasza ich postawa władz Poznania, które dzielą inwestorów na tych fajnych, których poklepuje się po plecach i niefajnych, którym pokazuje się gest Kozakiewicza, nawet gdy sami chcą zrobić dla mieszkańców coś, na czym to włodarzom miasta powinno zależeć.

Opublikowano handel, kultura, polityka | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Więc chodź, pomaluj mój Poznań na szaro i buro…

Ciekawe, co by powiedzieli w Londynie, gdyby im wysłać poznańskiego plastyka miejskiego, który by im kazał słynne czerwone budki telefoniczne przemalować na grafitowo. W Poznaniu malowanie wszystkiego na szaro (o przepraszam, drogi rowerowe malują na czerwono) jest nie tylko niefunkcjonalne, ale i niebezpieczne.

Od dłuższego czasu mamy w Poznaniu plastyka miejskiego. Jak się okazało, postanowił zrobić nasze miasto na szaro i to dosłownie. Otóż uznał, że to straszna wiocha, że Poznań jest taki kolorowy. Jego zdaniem elementy miejskiej infrastruktury takie jak kosze na śmieci, stojaki rowerowe, słupki, wiaty przystankowe powinny być jak najmniej widoczne, dlatego zasugerował, aby pomalować je w barwy maskujące. Mówienie, że chodzi o kolor szary brzmi nie najlepiej, dlatego oficjalna nazwa nowych barw to grafit.

Pewnie można się spierać, czy grafitowy to kolor ładniejszy niż zielony (bo to kolor dominujący w poznańskiej przestrzeni miejskiej), bo to kwestia gustu, ale według mnie kolor maskujący jest przede wszystkim niefunkcjonalny.

Zacznijmy od koszy na śmieci. Przecież stawia się je po to, aby ludzie nie rzucali śmieci na ziemię, a aby to było możliwe, koszy powinno być dużo tak, aby każdy kto trzyma w ręku papierek po batoniku, bez problemu mógł zlokalizować najbliższy śmietnik. Niestety, w Poznaniu bywa z tym różnie. Na Łazarzu gdzie mieszkam, są skrzyżowania, gdzie nie ma żadnego kosza, więc zdarza się, że trzeba go wypatrywać z daleka. Trudno dostrzec kosz w kolorze maskującym. Ja jestem w stanie przejść kilkaset metrów z papierkiem w ręku, ale przecież jest cała masa ludzi, którzy jak nie widzą kosza, uznają, że to wystarczający powód, aby śmieci rzucić byle gdzie.

Podobnie jest z wiatami przystankowymi. Ja jako poznaniak doskonale wiem, gdzie znajdują się przystanki autobusowe, ale mam wątpliwości, czy turystom w ich poszukiwaniu pomaga fakt, że nie są zielone, tylko szaro-bure.

Oczywiście szczytem szczytów jest ostatnia sytuacja z szarym słupem trakcyjnym na rondzie Kaponiera, w który dwa razy uderzyły autobusy MPK. W wypadkach zostało rannych pięć osób. Jakby się czuł pan plastyk miejski, gdyby ktoś zginął? I niech mi nikt nie wmawia, że to nie wina koloru, bo coś chyba jest na rzeczy, skoro po tych wypadkach szary słup owinięto biało-czerwoną taśmą?

rondo

Może i nawet grafitowe szaleństwo jakoś by się broniło, gdyby było konsekwentne, ale malowaniu koszy, słupów i słupeczków na grafitowo towarzyszy malowanie ścieżek rowerowych na czerwono, a miejsc parkingowych dla niepełnosprawnych na jaskrawoniebiesko (żeby nie było – moim zdaniem bardzo słusznie). Mało tego – w centrum nawet maty dla niewidomych przed przejściami dla pieszych maluje się na jaskrawożółto. Jak się okazuje, ma to być ułatwienie dla osób niedowidzących. Ciekawe, czy osoby niedowidzące będą widzieć te wszystkie szare słupy, słupeczki i barierki i się o nie nie potkną.

Może ja jestem stary zgred, który nie kuma, że szaro-bure miasto jest super ekstra fajniejsze niż takie, które tętni kolorami. Tylko tak się zastanawiam, czy tak nowoczesne miasto jak Londyn przyklasnęłoby pomysłowi, aby swoje słynne budki telefoniczne przemalować z czerwonego na grafitowy.

Opublikowano bezpieczeństwo, infrastruktura, rewitalizacja | Otagowano , , , , , | 1 komentarz